Licencja na Żbika

Recenzja modelu Arma Hobby

Najnowsza propozycja firmy Arma Hobby zrywa z dotychczasowymi tradycjami. Otrzymujemy więcej plastikowych ramek, ale także absolutny brak związku z biało-czerwoną szachownicą. Czy mimo to jest to jednak pozycja warta uwagi? Zobaczmy.

Uwaga

Niniejszy artykuł powstał w oparciu o egzemplarz modelu dostarczony przez producenta- firmę Arma Hobby, za co w tym miejscu serdecznie dziękuję.

FM-2

„Po co, skoro jest Airfix?”- niejeden komentarz tego typu pojawił się pod informacjami o następnym modelu przygotowywanym przez polskiego producenta. Tyle tylko że wydany nie tak dawno przez Brytyjczyków Wildcat przedstawia wersję F4F-4, a Arma zapowiedziała produkowaną przez General Motors odmianę FM-2 (podobną, ale m.in. napędzaną innym silnikiem). Tej ostatniej natomiast porządnego modelu do tej pory nie było, bo za takie trudno uznać chińskie easy-kity (Hobbyboss) czy mniej lub bardziej (a raczej zdecydowanie bardziej) niedostępne czeskie short-runy (Admiral/MPM/Sword).

Zresztą zestaw opracowany przez Airfiksa także nie oszałamia jakością, jeżeli wierzyć internetowym opiniom (ha!). Arma Hobby potwierdziła zamiar wydania w niedalekiej przyszłości także wersji F4F-4, więc wtedy przyjdzie czas na porównania.

Pudło z licencją

Zestaw o numerze katalogowym 70031 to „Expert Set” zapakowany w otwierane z boku pudełko o standardowych dla tego producenta wymiarach. Front zdobi przyjemna dla oka ilustracja autorstwa Piotra Forkasiewicza, a całość utrzymana jest w standardowej dla serii szacie graficznej.

Zanim zerkniemy do środka, zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy porywających kwestiach licencyjnych, o których informuje nas dopisek na pudełku.

Otóż nadrukowana informacja dotyczy wykorzystania nazwy „Wildcat”, którą to w sumie nie tak dawno firma Northrop Grumman SC zastrzegła jako znak towarowy (TM- trademark) m.in. w zakresie modeli redukcyjnych (bo przecież powszechnie wiadomo że Northrop Grumman to znany producent zabawek politechnicznych, prawda?). W żaden sposób nie oznacza to, iż omawiany model jest lepszym odwzorowaniem oryginału, czy też że amerykańska korporacja wspomogła w jakiś sposób jego projektowanie. Ot po prostu Arma zapłaciła za możliwość nadrukowania na pudełku nazwy Wildcat. Tylko tyle i aż tyle.

Wnętrzności

Jak już zostało zasygnalizowane na wstępie- tym razem w pudełku z żółwikiem znajdziemy dwie ramki z jasnoszarego tworzywa, a tak w zasadzie to półtora, biorąc pod uwagę ich rozmiary. Do tego mała ramka przezroczysta, arkusz kalkomanii i instrukcja.

Jako że omawiamy edycję „Expert”- w środku znajdziemy także arkusik samoprzylepnych masek i małą blaszkę z elementami fototrawionymi.

Inspekcja plastiku

Tradycyjnie podzielony kadłub naznaczony został siatką delikatnych wgłębnych linii podziału blach. Do tego trochę wypukłych detali w postaci np. zawiasów klapek inspekcyjnych.

Projektant modelu nie zdecydował się na próbę odwzorowania zachodzących na zakładkę paneli poszycia. Nie znajdziemy też na modelu kompletnego nitowania, co przy apetytach rozbudzonych niedawnym Jakiem może nieco rozczarowywać.

Na wewnętrznych powierzchniach połówek kadłuba nie znajdziemy zbyt wielu detali, co nie oznacza jednak że kabina została potraktowana po macoszemu. Ale o tym później.

Zdaje się że Arma Hobby nie stosuje przy produkcji modeli form suwakowych, toteż siłą rzeczy okapotowanie silnika musiało zostać podzielone.

W całości otrzymujemy tylko frontowy pierścień.

Zespół napędowy na pierwszy rzut oka sprawia raczej przeciętne wrażenie- ot mocno uproszczona podwójna gwiazda. Tyle tylko że nie! Wersja FM-2 wyposażona była bowiem w silnik Wright R-1820 Cyclone- pojedynczą gwiazdę, gdzie przestrzenie między cylindrami wypełnione były metalowymi przesłonami. Czyli zupełnie tak jak w modelu.

Powyższy element uzupełnić należy osłoną karteru…

...a następnie zamontować na ścianie ogniowej, która zawiera także końcówki rur wydechowych widoczne pod tylną krawędzią okapotowania silnika. Mają one delikatnie zaznaczone krawędzie otworów wylotowych, ale pewnie niejeden modelarz zdecyduje się je odrobinę nawiercić.

Do gotowego silnika zamontujemy (w sposób ruchomy, jeżeli tylko taki mamy kaprys) trójłopatowe śmigło odlane jako jeden element…

...a całość zakończymy na jeden z dwóch sposobów.

Przejdźmy do skrzydeł. Projekt modelu nie przewiduje możliwości wykonania ich w konfiguracji złożonej, co w zależności od punktu widzenia można uznać zarówno za plus, jak i minus. Niewątpliwą zaletą jest za to cienka krawędź spływu i światła pozycyjne odlane w całości z jedną połówką skrzydła (szkoda że tego ostatniego rozwiązania nie zastosowano także w projekcie kadłuba- ot chociażby dla charakterystycznych trzech świateł identyfikacyjnych na brzuchu maszyny).

Pod względem detali powierzchni płatowiec prezentuje się podobnie jak kadłub- cienkie wgłębne linie podziału blach i garść wgłębnych i wypukłych detali. Pokrycie powierzchni sterowych zasygnalizowano podobnie jak w niedanym modelu samolotu Hawker Hurricane Mk.IIc.

Tak samo rzecz się ma z charakterystycznym dla FM-2 wysokim sterem kierunku, który zaprojektowany został jako oddzielny element.

Temat powierzchni sterowych kończy ster wysokości, który także możemy bezproblemowo wychylić.

Oczywiście po zamontowaniu statecznika poziomego w odpowiednim miejscu.

Osoby chcące podwiesić pod wykonywaną miniaturą zestaw rakiet HVAR (właściwy dla ostatniej serii produkcyjnej FM-2) powinny zawczasu zainteresować się wewnętrzną powierzchnią dolnych połówek skrzydeł, gdzie umieszczone zostały znaczniki ułatwiające wywiercenie odpowiednich otworów montażowych (chociaż ślad po mega-wypychaczu może lekko przeszkadzać).

Same rakiety wymagają zaś montażu z dwóch elementów każda- korpusu...

...i końcówki z brzechwami, które jak to w plastiku- trochę grube.

Bardziej pacyfistycznie nastawieni modelarze mogą podwiesić także mniej wybuchowy zestaw dodatkowych zbiorników paliwa, całkiem ładnie odwzorowanych, które znajdziemy na drugiej, mniejszej ramce wtryskowej.

Zawiera ona także części do zabudowy wyposażenia kokpitu. Począwszy od głównych elementów konstrukcyjnych w postaci podłogi i wręg.

Na fotelu i drążku sterowym skończywszy. W sumie dosyć bogato, a przecież całość uzupełniają jeszcze blaszki.

Elementami fototrawionymi udekorujemy także tylną ścianę przepastnej wnęki podwozia głównego, która sama w sobie jest całkiem ładnie zdetalowana.

Tak jak i cały układ podwozia, gdzie główne golenie...

...uzupełnione szeregiem różnorakich wsporników, w tym także takich bardziej delikatnych, stworzą misterny moduł, który możemy zamontować nawet po pomalowaniu modelu.

Koła podwozia otrzymujemy w dwóch wersjach, zależnych od wybranego malowania. Tyczy się to zarówno kółka ogonowego.

Jak i kół podwozia głównego.

Przy czym chciałbym tutaj zwrócić uwagę na jeden mały szczegół- napis GOODYEAR na oponach.

Całkiem miły drobiazg, prawda?

Przezroczystości

Pozostała jeszcze jedna ramka plastikowa- przezroczysta, która zawiera osłonę kabiny przygotowaną w dwóch częściach.

Po dość klaustrofobicznym Jaku ponownie otrzymujemy więc możliwość wykonania otwartej kabiny. Co więcej- tym razem jest to opcja naprawdę warta rozważenia, bo przezroczyste elementy nie straszą wreszcie swoją nieprzyzwoitą grubością (jak to było w Hurrim).

Żeby jednak nie było za różowo- przejrzystość „oszklenia” pozostawia trochę do życzenia. Szczególnie w przypadku wiatrochronu.

Co prawda nie ma tragedii, ale zdecydowanie widać pole do poprawy.

Pozostałe elementy (podkadłubowe okienka), będą nas interesować dopiero przy budowie zapowiadanego F4F-4, w pudełku z którym znajdziemy zapewne taką samą ramkę.

Maski

Malowanie osłony kabiny, w jakiejkolwiek konfiguracji byśmy ją nie umieścili, ułatwić ma nam mały arkusik samoprzylepnych masek, ciętych w znajomo wyglądającej żółtej taśmie.

To samo tyczy się oczywiście kół podwozia, zarówno głównych jak i ogonowego.

Blaszka

Wersja „na bogato” to oczywiście także elementy fototrawione. Niewielka blaszka zawiera detale wyposażenia kabiny (tablica przyrządów, pasy), układu składania podwozia czy uzupełnienia przeznaczone dla jednostki napędowej.

Już tradycyjnie nie znajdziemy w zestawie kliszy z zegarami. W jej roli wykorzystać należy odpowiednią część kalkomanii.

Kalkomanie

Arkusz przygotowany przez rodzimy Techmod zawiera oznaczenia umożliwiające wykonanie jednego z ośmiu samolotów.

Druk jest wyraźny, kolory nasycone, a wad typu przesunięcia warstw nie stwierdziłem.

Nalepka przeznaczona na tablicę przyrządów, zarówno w wersji plastikowej jak i blaszkowej, została tym razem podzielona na kilka segmentów. Dobre posunięcie, bo trafienie wszystkimi zegarami w odpowiednie miejsca, przy jednoczesnym naciąganiu się kalkomanii na wypukłościach to nie taka prosta sprawa.

Pasy pod postacią kalkomanii wyglądają lekko nie na miejscu w edycji „Expert”, ale według instrukcji powinny zostać nałożone na elementy z blaszki. Dość karkołomne rozwiązanie, a dodając do tego zastosowaną kolorystykę- pewnie nie skorzystam.

Bonus stanowią oznaczenia do dwóch dodatkowych samolotów FAA, nie pokazanych na odwrocie pudełka.

Na dodatkowy plus zasługuje zastosowany sposób numeracji oznaczeń, uzależniony od ich miejsca przeznaczenia. Np. kalkomanie do wnętrza kokpitu to te z literkami DC, oznaczenia rakiet to DR, a napisy eksploatacyjne to S. Miło.

Instrukcja

Tutaj typowo dla tego producenta, chociaż ze względu na większe skomplikowanie konstrukcji w porównaniu z wcześniejszymi modelami- robi się na rysunkach montażowych raczej tłoczno.

Nadal cieszy rozbudowana lista sugerowanych farb, chociaż ciągle bez wskazań z palet Gunze.

Schematy malowań jak zwykle zostały przygotowane w kolorze i zawierają także informacje na temat rozmieszczenia kalkomanii.

W większości przypadków. Na amatorów „boxartowego” malowania czeka bowiem mała niespodzianka- adekwatny schemat poszedł do druku lekko wybrakowany (co pewnie zostanie skorygowane w późniejszych dodrukach).

Nie jest to jednak zbyt wielki problem, gdyż posiłkować możemy się schematem drugiej maszyny w identycznym jednokolorowym malowaniu, a producent udostępnił na swojej stronie WWW instrukcję w postaci plików JPG.

Malowania

Omawiany zestaw umożliwia nam wykonanie miniatury w jednej z ośmiu wersji oznaczeń. Otrzymujemy przekrój przez najpopularniejsze schematy malowania stosowane na tej wersji Wildcata. Od Sea Blue po całości, poprzez trójkolorowy standard znad Pacyfiku, na Atlantyckim kamuflażu ZOP skończywszy. Do tego dochodzi jeszcze brytyjskie malowanie morskie, bo można z zestawu wykonać i Wildcata Mk.VI.

Warianty malowania zestawu (za Arma Hobby)

Brakujące na powyższej ilustracji dwa schematy, to kolejne maszyny z FAA, możliwe do wykonania za pomocą bonusowych oznaczeń zawartych na kalkomanii.

Podsumowanie

Nowy model wypuszczony przez AH nie robi aż takiego wrażenia jak niedawny Jak czy Hurricane Mk.IIc. Niektórzy powiedzą pewnie, że brak nitowania to krok wstecz w stosunku do poprzedników. Inni skrytykują brak możliwości wykonania złożonych skrzydeł, co mi akurat absolutnie nie przeszkadza.

Niezmiernie cieszy mnie za to postęp w zakresie oszklenia. Bez nerwowego rozglądania się za zamiennikiem vacu możemy lepiej wyeksponować całkiem bogato wyposażony kokpit. Do tego niewątpliwym atutem zestawu jest szeroki wachlarz dołączonych malowań.

W sumie nie jest to więc pod żadnym względem słaby zestaw, co to to nie. Wręcz przeciwnie- porządny model Wildcata FM-2, który zapewne ucieszy niejednego amatora amerykańskiego lotnictwa pokładowego.

Największym jego problemem jest bagaż oczekiwań wywołany przez poprzednio wypuszczone zestawy tego producenta. Bo wiadomo- apetyt rośnie w miarę jedzenia. No właśnie- co następne?

MMXX
Pokrewne tematy:
Wszelkie zdjęcia/rysunki ilustrujące powyższy artykuł, jeżeli tylko nie zaznaczono inaczej, zostały wykonane i/lub nalezą do autora wpisu. Wszystkie użyte na niniejszej stronie znaki i nazwy firmowe lub towarowe należą i/lub są zastrzeżone przez ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych. Jeżeli jakieś treści zawarte w powyższym artykule naruszają Twoje prawa, skontaktuj się z właścicielem witryny (formularz dostępny w zakładce "autor").